piątek, 31 października 2014

Szacunek Rodzica

Dziś będzie o Szacunku, z Dużej litery.
Nie o tym społecznie oczekiwanym Szacunku Dziecka do Rodzica. Nie o układności, podporządkowaniu dorosłym z definicji mającym rację.
Będzie o Szacunku Rodzica DO DZIECKA.
Dla niektórych to być może nowa perspektywa. Dla mnie podstawa Rodzicielstwa. W Bliskości, Zaufaniu i Szacunku właśnie, bez którego ani rusz. Od niego zaczyna się budowanie relacji, rozwój empatii. Uznawanie wzajemnych granic.
Można sądzić, że " na szacunek przyjdzie pora" - gdy dziecko dorośnie. Albo chociaż - będzie starsze i będzie potrafiło zrozumieć.
Moja perspektywa jest inna. Prawo do Szacunku mają i Rodzic i DZIECKO od pierwszych chwil. Tyle tylko, że w zależności od wieku -  tak jak różnią się dziecięce potrzeby, tak różni się sposób w jaki okazujemy Szacunek. W parze z prawem do snu gdy Mały Człowiek jest zmęczony, do jedzenia kiedy potrzebuje i jak długo potrzebuje, do poznawania świata z perspektywy dziecka, nieukierunkowywanej przez dorosłego zabawy i zachowania. Z poszanowaniem dla dziecięcego ciała, które nie należy do rodzica.
Nie akceptuję wszystkiego co narusza autonomię i nietykalność cielesną mojego dziecka.
Nie jest to łatwe w świecie gdzie prym wiedzie przekonanie, że to rodzic ma racje. Rodzic, z racji doświadczenia, wie lepiej. Dziecko, ponieważ wymaga pomocy i niezaopiekowane zginie z pewnością - winno się podporządkować.
Jest jeszcze drugie stanowisko - gdzie widzi się zdanie pt. "szacunek dla dziecka" jako bezstresowe wychowanie i zapominanie o własnych potrzebach, całkowite skupienie się dla dziecku.
To też nie tak. Szacunek jest obustronny. I ja wierzę głęboko, że skoro ja daję go dziecku - sama też go otrzymam. Nie od wczoraj wiemy przecież, że dzieci uczą się przede wszystkim przez naśladownictwo, oraz zdobywane doświadczenie. A to drugie ma miejsce wtedy gdy pozwalam dziecku poczuć się jako człowiek, z prawem to autonomii, własnego zdania, do wyborów innych niż te, których chciałabym ja - jako mama.
Nie jest to łatwe i uczę się tego codziennie. Od rana, gdy wybieramy wspólnie ubranie, a samodzielne zakładanie go przez córkę trwa 10 razy dłużej niż wtedy, gdybym to ja to zrobiła. Przy śniadaniu, które konsultujemy wspólnie i razem robimy. Przy jej głośno artykułowanym " ja sama" przy każdej czynności, lub "Ama pomozie mamie!" , "ja!, ja!" oraz "moje" wypowiedzianym w pośpiechu, i z lękiem czy na pewno uszanuję jej prawo własności i chęć zrobienia czegoś tak jak zaplanowała.
Rozmawiam, tłumaczę, pokazuję.
Daję prawo i nie ucinam możliwości.
To moja droga do zbudowania silnej, asertywnej, szanującej granice swoje i innych osoby.
Moja córka jest OSOBĄ już teraz, nie mając dwóch lat, z potrzebami, uczuciami, trudnościami.
Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ja decyduję tam - gdzie znajduje się granica bezpieczeństwa. W pozostałych rozmawiamy, konsultujemy, wybiera ona i ja. Pomagamy sobie wzajemnie. Ona - podając mi kapcie z własnej inicjatywy. Ja - jej - pokazując jej jak zrobić coś na czym jej zależy, tak by mogła zrobić to sama, przy moim wsparciu.
Szczęście, że mam czas by przy niej być. Nie goni mnie praca, nie mam konieczności wysłania jej do żłobka. Nie zawsze tak jest, ale zawsze staram się pamiętać, że o bliskości w relacji nie zawsze decyduje czas bycia razem, a jakość tego czasu. Empatia jaką dajemy dziecku, prawo do nieakceptowania naszej dorosłej wizji świata i ciągła potrzeba kształtowania swojej własnej, bardziej magicznej, wielobarwnej gdzie wszystko jest "pierwsze", z zapartym tchem i od nowa. Jeszcze bez sztywnych schematów i podciętych skrzydeł.

Moje rodzicielstwo z pewnością tym dobitniej pokazuje czym jest empatia i wsparcie wzajemne bo sama wymagam go w zwiększonym zakresie. Staram się być samodzielna tak bardzo jak to tylko możliwe, czasem jednak robię coś wolniej, schemat jest inny. Wymaga cierpliwości, zaczekania, uważności dla moich ograniczeń. Wydaje się, że to coś, czego będzie trudno nauczyć dziecko.
A ono uczy się samo. Traktuje nas tak, jak samo jest traktowane. Na miarę swoich dziecięcych możliwości, które wcale nie są małe. Ja wierzę, że dzieci są dobre z natury. Rozwijają się w tym kierunku jeśli tylko im na to pozwolisz. Jeśli kochasz, jesteś, akceptujesz takie, jakie jest.


Nie:
Nie kłamię mojego dziecka - nigdy, Nawet jeśli prawda jest trudna do zaakceptowania, wzbudza różne, także trudne do opanowania emocje.
Nie karam - rozmawiam i tłumaczę świat.
Nie nagradzam by dziecko robiło czego oczekuję.
Nie krzyczę - bo sama nie chcę by na mnie krzyczano.
Nie ograniczam bliskości, chociaż tak pewnie czasem byłoby wygodniej.
Nie żyję wg planu, za to wg. potrzeb. Naszych.Wspólnych, w Rodzicielstwie Bliskości liczy się przecież cała rodzina.

Mam:
Staram się mieć cierpliwość i czas.
Mam emocje -  uczę się je nazywać i mówić o nich mojemu dziecku.
Mam zahamowania - których nauczyłam się w dzieciństwie - uczę się je przełamywać.
Mam stereotypowe przekonania, z którymi walczę.
Mam narzędzia, których używam i poszerzam czytając literaturę i zdobywając wiedzę o tym jak świat widzi moja córka.
Mam sporo zrozumienia, cierpliwości i miłość, którą chcę ją obdarzać.

To ciężka praca. Ale prawda jest taka, że nigdy wcześniej nie widziałam świata tak barwnym jak teraz, a człowiek nie był tak fascynujący.
Ten duży i ten mały, na którego mam szczęście patrzeć jak rośnie.


sobota, 20 września 2014

Od kiedy jest Ami czas płynie mi inaczej. Szybciej. Zupelnie nie wiem kiedy minelo to lato. A zaraz nadejdzie juz trzecia zima razem. Pierwsza całkiem świadoma, z lepieniem balwana, skakaniem po kaluzach, rzucaniem sniezkami. Lato minęło, blog kurzem zarosl.

Dzieje sie duzo. "Akcja - przeprowadzka" w natarciu, rok akademicki tuż za rogiem.
W czasie, gdy mnie tu nie bylo, lapalam sie na refleksjach - czym jest dla mnie ten blog? Czyją potrzebę zaspokajam pisząc go?
Czy gdzies jest ta jakas wyjątkowa mniejszosc, wozkowych mam, potencjalnych odbiorcow? Czy jest potrzeba...
A może ta potrzeba jest moja? Wybujale ego, internetowy ekshibicjonizm, niesluszne poczucie wyjatkowości, mnie w roli mamy? Niepotrzebne rozroznienie, przylepienie łatki?
Tyle mówi się przeciez o tym, że niepelnosprawni sami siebie traktują jako innych niz reszta, odgradzajac się murem, w poczuciu krzywdy.

Blogow "mamowych" jest mnostwo. Mama na resorach rożni się tylko tym, ze owa "mama" - znaczy się - ja - mam mechaniczne nogi. Ze kiedy Mloda bola nozki to nie wiozę jej w wozku dzieciecym, a na swoich kolanach, bo do prowadzenia dziecięcego potrzebowałabym wolnych rąk. Trudno powiedzieć czy mam cos do przekazania, poza wlasnym, prywatnym, subiektywnym doswiadczeniem, ktore mogloby wzmocnic, kogos, kto chcialby, ale sie waha.
A moze bedę kolejnym blogiem "miedzy zupka a kupka" - traktujacym dokladnie o tym samym co pozostale?

Z zalozenia unikam bezmyślnego wpatrywania się w tv, zwlaszcza przy mojej corce. Kilka dni temu usłyszalam jednak temat najblizszych RwT - i zdębiałam. Są! Wozkowe mamy! Jest nas wiecej!
Wiedziona ciekawością i poczuciem solidarnosci i dumy z owych kobiet - postanowilam właczyć.

I...zmarkotnialam. Owszem, RzT nigdy nie byl, ani nie będzie - programem wysokich lotow, ale kiedy dotyka tematu tak bardzo mi bliskiego - moge obejrzec i to.
Wiedzialam, że to - co tutaj opisuję jest MOJE. Moim doświadczeniem, moim punktem widzenia filtrowanym emocjami. Moim sposobem przezywania, moją historią, a jej przebieg i final warunkowany jest także tym - kogo spotkalam na swojej drodze. Ilu z nich bylo otwartych, z zyczliwym podejsciem, a ilu z nich miało zbyt waskie umysly. Jednak w konfrontacji z tym, czego sama doswiadczylam, obejrzenie tego programu mocno mnie przygnebilo. Zamiast spokoju ducha przyszedł smutek i niezgoda - na  taka wizję wozkowej mamy jaką pokazał program. Że gdzies czegos zabraklo. Może wsparcia - i wiary - tych zdrowych, ze one mogą. Normalnie. Może technicznie inaczej, ale niezupelnie gorzej. Bo nie liczy sie para zdrowych rak czy nog, ale bliskość - a tę można osiągnać także przez przytulenie twarzy do twarzy - bo nie ma rąk do obejmowania.

Nigdy nie uslyszalam propozycji aborcji z ust lekarza - nigdy pouczan, pogadanek o nieodpowiedzialnosci. Może to empatyczny personel, a może czysty przypadek. Gdybym nie poszla do lekarza z polecenia - byloby inaczej? Perspektywa porodu za granica - jak u jednej z bohaterek - bo nikt w pl nie chcial sie podjąć prowadzenia ciazy - po prostu nie może mi się zmieścić w glowie.
Nie mogę sobie wyobrazic tego jak to jest walczyć każdego dnia ze swoim fizycznym ograniczeniem, a poźniej także jako przyszla matka zderzac się z grubym spolecznym murem.
Smuci mnie to i zaskakuje. Zaskoczenie polega na tym, że od niespelna 20 miesiecy, czyli, odkad mam dziecko - nie spotkalam sie z krytyką. Ze zdziwieniem - owszem. Z pytaniem "czyje to dziecko" zadanym przez profesor zw. na mojej uczelni, kiedy przyszlam po wpis z corką na kolanach - także. Ale nie z krytyką. Ani w czasie ciazy, ani teraz. Spojrzenia przyciągalam - jak zawsze, bo czesto jeszcze trwała niepełnosprawność w ludzkiej mentalnosci bywa skorelowana z samotnoscia zyciowa.., ale nic wiecej.
A tu mam, namacalne przyklady. Namawianie do aborcji, krytyka. I zajmowanie się noworodkiem przez kogos innego, nie przez mamę. Zamiast pokazać jej jak zrobic to wlasciwie i bezpiecznie dla dziecka, liczac się z fizycznym ograniczeniem.Jak nabyc kompetencje jako mama, pewności siebie w dzialaniu - jesli nie ucząc sie radzic sobie w relacji z  maluchem? Jak sie wzmocnić jako kobieta, czlowiek? Pozbyć sie leku?
Ja znam ten lęk. Wiem ile wysilku kosztowało mnie wypracowanie sobie wlasnych metod opieki i pielegnacji, ile uporu i odmowy w wyreczaniu. Ale to dziala i procentuje. Nie potrafie powiedzieć, jak to się stalo, ze miejsce leku, ktory przecież byl, przyszla wola walki i przekonanie, ze DAM RADĘ. Chyba przyjęłam to jako cos oczywistego. Ze prędzej czy poźniej trzeba bedzie nauczyc sie siebie - więc zrobie to od razu. Za nic nie odmowie sobie naszej bliskości, i za nic nie zabiore jej dziecku. Prawda jest jedna : dlugo dlugo centrum swiata dziecka - jest mama. I to jest coś w co nigdy nie możesz przestac wątpić. Czy masz rece badź nogi - czy nie. Kiedy ta wiara jest - żyje i sie umacnia, reszta przychodzi sama.
Te mamy, wozkowe, mamy z programu - często gesto mialy mocno problematyczne początki, duzo trudnych emocji, bezradnosci, zderzenia z brutalna szara rzeczywistoscią. Gdy tego sluchalam - uswiadomilam sobie, że mialam i mam wiele szcześcia, bo nikt nie podkopal mojej kielkujacej wiary i mogla spokojnie wzrastać. Ale dotarlo do mnie, ze, chociaż jest to przykre, to..bywa różnie.

Może po to jest ten blog. Może moja perspektywa jest wazna. Dla mnie jako lustro, w ktorym sie przeglądam, żeby korygowac to nad czym muszę pracowac. Lekcja pokory.
Wycinek z naszej codzienności, w której nie wszystko mogę, ale daję z siebie tak wiele jak to tylko mozliwe.
Dla czytelnika - by obudzić lub wzmocnić przekonanie, ze MOZNA.
Lepiej lub gorzej, jak wszyscy rodzice. Uwaznie i w bliskosci wychowywac dziecko - z ograniczeniami narzuconymi przez stan zdrowia,  ale w akceptacji i uwaznosci na wzajemne potrzeby.
Zwolnilam się z poczucia winy wynikającego z inności.
Dalam sobie prawo.
Jestem Mamą.


wtorek, 20 maja 2014

Spacerowo

Spacery we dwójkę są trudne. W obecnym czasie właściwie niemożliwe dla nas. Mieszkam na parterze, podjazd jest. Tyle,że źle wyważony. O ile zjechanie z niego w dół nie nastręcza trudności, o tyle powrót z dzieckiem w nosidle obarczony jest ryzykiem wywrotki na plecy. To jest pierwszy czynnik.

Drugim jest ulica. Zakręt tuż nieopodal budynku. Ostry, między domami, zza którego niewiele widać. Bez pobocza bo wąsko. Nie ryzykuję spotkania z maską samochodu. Nie z przypiętym z przodu dzieckiem.

Spacerujemy  w asyście taty lub babć. Kiedyś z wtulonym maluchem. Teraz, dziecię po przekroczeniu granicy parku zostaje odpięte i dziarsko gna do przodu na własnych nóżkach. Odkąd nauczyła się biegać - częściej biegnie niż idzie. Ale zawsze obraca się za mną, zawsze trzyma się na tyle blisko. Zmęczona szuka schronienia na moich kolanach, wyciąga rączki i krzyczy "mama!".

Szybko nauczyła się wymawiać to słowo. Pierwszy na tapecie był "tata", potem "mama". Jesteśmy w takim momencie, że "mama" jest absolutnie na topie i do wszystkiego. W nocy "mama", w dzień też. Przy walce ze skarpetką, która nie chce dać się ubrać samodzielnie, przy budowaniu wieży z klocków. Uwielbia swoich dziadków i chętnie do nich lgnie, najlepiej jednak kiedy mama pozostaje w zasięgu wzroku.

Patrzę z podziwem jak rośnie. Jak staje się sprawniejsza, sięga wyżej i wyżej. Odkrywa, chłonie świat. Kawałek po kawałku. Potrafi już przejść spore odległości na własnych nogach. Dla mnie spore, chociaż mam kiepskie porównanie. Z czasów "przed wózkiem" miałam przecież ograniczoną wydolność. Uwielbiam obserwować jak mierzy się z przeszkodami na placu zabaw, cieszy się na jego widok. Krzyczy "taaaam!" i nogi ją same niosą. Razem dotykamy wszystkich atrakcji, badamy strukturę piachu w piaskownicy. Nie jestem rodzicem siedzącym na ławce. Tam, gdzie dotrzeć mogę, to docieram. Włażę do piaskownicy, robię foremkami babki, a ona je burzy.

Trudniejsze szczyty Młoda zdobywa z tatą, lub babcią. Kręcą karuzelą, pomagają wyjść do domku przy zjeżdżalni a  potem dziecko zjeżdża z impetem do moich rąk. Nie boi się już.

Czasem, widzę w niej nieśmiałość na widok grupki kilku dzieci na raz. Wtula się wtedy w moje spodnie, trzyma za nogawkę. To nic. Teraz jest czas na więź, na umacnianie, na kształtowanie Ciebie, Mój Mały Człowieku.

Na sekrety, przyjaciół, wiele godzin na podwórku przyjdzie pora.
Wtedy  stanę z boku. A teraz mam ją blisko, jak najbliżej - i to jest ten czas.
Czas dla Nas.

Od dzieci można się wiele nauczyć. Dziecięcej radości z małych rzeczy i... normalności.

Dla niej - jeszcze - nie różnię się od innych mam. Dzięki niej samą siebie widzę zdecydowanie zwyczajniej. Chce mi się. Zwalczać ograniczenia, łamać stereotypy - także te, które żyją w mojej głowie. Bo to nie jest tak, że organiczenia są tylko fizyczne. Tamte można obejść. Największym wrogiem jest sztywny, lękliwy umysł.

Dzieci nie czują strachu, nie mają tabu.
Tego uczę się codziennie od mojej córki.
Że mam prawa, że mam możliwości, że jeśli jedno rozwiązanie się nie sprawdza, to trzeba znaleźć nowe.
Być niezłomnym. Przeć do przodu.
Wzrastać.

środa, 9 kwietnia 2014

Pytanie poglądowe


Co czujecie gdy widzicie TAKIE zdjęcie?
Kontrowersyjne?



Jakiś czas temu dziecko zażądało posadzenia. Rozsiadło się z miną "Jestem Królem Świata" i domagało się wożenia, z głośnym.. "bruuuum".

Tak też mnie zresztą woła zazwyczaj. Nie "mama chodź", za to "mama brum brum".

wtorek, 8 kwietnia 2014

Z przekładaniem na później bywa tak, że to "później" jest kamieniem w bucie, wyplutą na chodnik przeżutą doszczętnie gumą do żucia. Rozciąga się i wydłuża, uwierając, pałęta się z tyłu głowy.
Tak było z blogiem.
Pochłonęły mnie studia i wszystko w koło.
Ale jestem, wracam. Dziękuję tym, którym chciało się wciąż na mnie czekać.

------------------------------------------

Dziecko ma rok. Ponad właściwie. Szaleństwo - 14 wspólnych miesięcy. 
Kiedy pisałam tu poprzednim razem \, wspominałam o obawach, że jak to będzie - gdy uczeń przerośnie mistrza i moja córka zwyczajnie zacznie chodzić.

Zaczęła. Na krótko przed ukończeniem 12 miesięcy zrobiła pierwsze samodzielne kroki. No nie powiem, przytkało mnie na moment, krtań mi się zawęziła, gula w gardle urosła. Poszła! Ostrożnie, z namaszczeniem, bez szaleństw. Kroki wprost do rozpostartych maminych rąk. 1,2,3,4... naprzemiennie z raczkowaniem, jakby jej samej trudno było uwierzyć, że to już, już. Raczkowanie porzuciła na dobre 2 tygodnie od pierwszych kroków, obecnie mam dziecko absolutnie dwunożne. Biegające, kręcące się wokół własnej osi z rączkami w górze w rytm muzyki, uczące się wchodzić na stopnie, i po schodach.
No więc właśnie - co się w Naszym funkcjonowaniu zmieniło? 
Na korzyść - wiele. Minusy? Nie widzę, żadnych. 

Znowu się okazało, że nie taki diabeł straszny jak o malują i moja wysoko neurotyczna, zamartwiająco się - panikująca osobowość - narobiła niepotrzebnego rabanu. Dziecko chodzi i żyje. A mama ma się przy tym całkiem dobrze. 
Chodzenie bowiem szło w parze ze skokiem intelektualnym, zatem w tej chwili mam dziecko zdecydowanie bardziej komunikatywne (zazwyczaj :>) współpracujące. Łatwiej jest Nam przy kąpieli, kiedy A. sama wstaje, podnosi rączki do góry i czeka na wyciągnięcie z wanny. Łatwiej przy ubieraniu. Biegający bobas z gołą pupą też się jakoś daje ogarnąć przy przewijaniu - kwestia dobrej strategii. Jest zwyczajnie po prostu, bez szoku, paniki czy dziecięcych urazów z niedopilnowania unieruchomionej mamy. Ogarniamy. Piszę przez "my" - mając na myśli głównie siebie i dziecko, chociaż i tata ma w tym swój udział. Na co dzień jednak jesteśmy we dwie.

Teoretycznie wiedziałam, że dziecko mające niepełnosprawną mamę "od zawsze" - nie będzie widziało niczego dziwnego w jej poruszaniu się, w ograniczeniach. Bo będzie normą, którą zna od urodzenia. 
W praktyce jednak są sytuacje, w których otwieram szeroko oczy ze zdumienia nad tym małym, rozumnym Człowieczkiem.
Na przykład. Poranki. Zazwyczaj w środku nocy w ramach kp Dziecię wędruje już do nas, i w wielkim łóżku rodzina G. dosypia ranka. Tata M. ewakuuje się bezszelestnie do pracy o nieludzko wczesnej porze, Mama z dzieckiem dosypiają w pozach malowniczych. Tak bywa, że ZAWSZE :d dzieci budzą się wcześniej. Moja córka również. Kiedy subtelne głaskanie mamy i powtarzanie "mama", "mama" nie przynoszą oczekiwanego skutku, wydłubywanie oczu oraz liczenie zębów nie działa także.. dziecko przystępuje do działania. Teraz - to już rytuał, za pierwszym razem odjęło mi mowę.
Schodzi z łóżka, w sposób taki jak została nauczona. Wędruje do drzwi sypialni. zawsze zamykanych na noc. Sprawdza. Owszem, jak zwykle zamknięte. Chwyta wtedy stojący nieopodal pusty wózek, i ze wszystkich sił kombinuje jak go dopchać aż do łóżka w którym leżę. Już wie - gdzie chwycić. Za rurkę przy podnóżku. Kiedy obserwowałam to pierwszy raz - nie spałam. Mogłam jej przerwać, zabrać wózek sama, zejść na podłogę po prostu. Ale, że mnie przytkało - czekałam. Dziecko idzie, ciągnąc wózek, powtarzając "mama mama!" - dopóki wózek nie stuknie o ramę sypialnianego łóżka. Wtedy mnie szturcha. To jest jak... "mamo! wstajemy!". Wstaję oczywiście wówczas i zaczynamy wspólnie dzień. 

Kiedy jest sytuacja, że akurat na wózku nie siedzę, a córka przy nim stoi - natychmiast robi mi miejsce bym mogła usiąść. Nikt (poza nią) usiąść na wózku nie może, nie powinien. Protest słychać. Okej, sprzęt jest Mamy.
Ponieważ mam dziecko w fazie "mama na topie" , robimy wszystko razem. Wieszamy pranie (nosi po jednej sztuce z pralki do pokoju..), wypakowujemy zakupy. 
Jak wspominałam - często jestem sama z dzieckiem w domu, małżon w pracy. Zakupy jakoś trzeba zrobić. Z pomocą przyszły mi zakupy z online z popularnych marketów i właśnie tak w większości przypadków zapełniam lodówkę. Panowie zostawiają naręcze reklamówek, płatność kartą i wszystko jest.
Tak było i ostatnim razem. Powędrowałam zrobić miejsce w lodówce na świeżą dostawę żywności, przetrzeć półki. Obserwowałam dziecko kątem oka. Powędrowała do siatek. I zaczęła znosić mi wszystko co zdoła unieść. po  j e d n e j  rzeczy. Po czym stawała na palcach i odkładała na blat znajdujący się najbliżej lodówki. Kiedy schowałam produkty do środka, zamknęła własnoręcznie lodówę i z poczuciem zwycięstwa zaczęła bić brawo. Sobie, Nam obu.
Bo jesteśmy drużyną. Zastanawiam się czasem kto komu pomaga bardziej - ja jej, jako rodzic. Czy ona mi - w sensie psychologicznym.

Nie byłabym sobą, gdybym nie miała lęków podskórnych przed tym, żeby nie zrobić z niej "pełnoetatowego pomocnika" dla mnie. Uwrażliwi na niepełnosprawność się chyba sama. Naturalnie. Obecnie jest małym dzieckiem ciekawym wszystkiego, więc sama się angażuje we wszystkie nasze czynności, mając z  tego wielką radość.. ale uważam, go granica jest cienka. Chcę by moje dziecko mogło być dzieckiem. Miało dzieciństwo. Zrobię wszystko by działać możliwie najsamodzielniej. Najnormalniej. Żeby była zabawa, szał, lepienie bałwana, bieganie po parku w środku lata. 
Buntuję się na razie przeciw wizjom typu "będzie ci pomagać" - będzie  ale z własnej chęci, a nie z obowiązku. Nie urodziłam dziecka po to by brać - ale po to by Dawać. Zapewnić spokojną przyszłość - jej, nie sobie.
Jeszcze nie wiem jak tego dokonam. Muszę.

Na razie pilnuję tego by być Rodzicem. Możliwie najbardziej samodzielnym.
Kąpię, gotuję posiłki walcząc z Małym niejadkiem, rysuję świecowymi kredkami, czeszę lalki i tarzam się po podłodze jeśli trzeba. Nie oczekuję wdzięczności, nagrody. Nigdy. 
Chcę miłość. Taką jaką mam teraz. Małe rączki oplecione w pasie. Bezinteresowny buziak dany znienacka. Pierdyliard razy dziennie wypowiedziane "mama" - gdy Młode potrzebuje pomocy w kwestii Najwyższej Wagi, jak ubranie buta. 
Mam miłość.
Wystarczy.

-----------------
Przedstawimy się jeszcze. W ramach wspomnień. Te ze mną, znaczy się Mamą - sa stare dość. Pierwsze z sierpnia, drugie z grudnia - ale poglądowo będzie. Na pozostałych Młoda. Kucykowe najnowsze.
Sierpniowo:



Grudzień:

Zimowo - po raz pierwszy na nogach



Obecnie:







Kłaniamy się nisko.

środa, 25 września 2013

Oczekując dziecka trzeba kupić wiele rzeczy. Dla każdego przyszłego rodzica kompletowanie wyprawki pierworodnego to nie lada wyzwanie. Pełen tajemnic asortyment dziecięcy zdaje się nie mieć końca. Zazwyczaj robi się listę. Długą jak papier toaletowy na "F", z niekończącymi się rolkami.

Swoją też zrobiłam. Pieczołowicie zliczone przedmioty, wielokrotnie przemyślane "co, z czym i dlaczego".
Przygotowując się na przyjęcie dziecka w domu, nastawiałam entą pralkę, prasowałam (nienawidzę!)maciupeńkie rzeczy, składane potem w równą kostkę i wędrujące do szuflady w komodzie. Chciałam, aby wszystko było na "tip-top".
Żyłkę perfekcjonizmu mam po mamie. Cecha, która kiedyś, za nastoletniości niejednokrotnie irytowała, teraz była bardziej moja. Takie...odreagowanie stresu, reduktor lęku, wentylek bezpieczeństwa. Zdarzyć mogą się rzeczy na które nie mam wpływu - okej. Ale za to ze wszystkich sił i najlepiej jak mogę przygotuję to na co mam wpływ. Dzięki temu zyskałam, iluzoryczne, owszem, ale jednak - poczucie kontroli.

Syndrom "wicia gniazda" szalał. Ścierałam kurze, szalałam z mopem, wyrzucałam, porządkowałam, na tyle na ile można kiedy ciężko się już schylić chociażby po to by zawiązać własne buty. Ostrożnie, lecz z lekkim potem na czole - by zdążyć.
W odróżnieniu bowiem od większości kobiet - wydawało mi się, że wiem kiedy nastąpi godzina zero. Los chciał inaczej, zamiast planowanej cesarki akcja rozegrała się szybko i w nocy, ale zdążyłam z tym, z czym zdążyć chciałam.

Na liście przedmiotów " do zakupienia" pozostała Nam tylko jedna nieodfajkowana pozycja, znak zapytania stał obok. Otóż, właśnie, Drodzy Moi - WÓZEK. Jeden już mam - swój - no to co by tu... z tym drugim?

Opcja "nie kupię w ogóle" majaczyła mi w głowie od początku ciąży. Zrezygnowałam jednak, warto przecież mieć możliwość skorzystania, chociażby po to, by dumny tata, albo jedna z babć mieli możliwość wzięcia Malizny na spacer. Kupiliśmy używkę, od znajomych, już po porodzie.
Kwestia transportu dziecka nadal pozostała jednak niezupełnie wyjaśniona.

W gołych rękach : nie za bardzo. Chyba, że ktoś pcha mój wózek. Bo dla mnie przecież - zajęte ręce = brak możliwości poruszania się gdziekolwiek. Lipa. Odpada.

Na kolanach : starsze dziecko no może może. Niemowlę nietrzymające głowy i nie siedzące? No way.

Znalazła się trzecia opcja. Chusta!
Dzięki uprzejmości forumki z chustoforum wysłana pocztą za jeden uśmiech. Elastyczna na początek.
Wiązać nauczyłam się dość szybko, nawet w pozycji siedzącej, z majtającym się po ziemi materiałem. Przytulony maluch słodko zasypiał, a ja miałam wolne ręce. To dało mi ogromny komfort i niezależność. I rozwiązało kwestię spacerów.
Popieram noszenie.Bliskość i ciepło rodzica to spokój dziecka. Coś do czego nie można "się przyzwyczaić" - bo jest naturalne. Przywraca dziecko bezpieczeństwo znane z brzucha mamy, gdzie czuło i słyszało bicie jej serca.

Wózek dziecięcy jest i stoi. Na klatce schodowej. Służy babciom.
Dla Nas wygodniejsze okazało się noszenie. Najpierw noworodka w chuście, a teraz niemowlaka - w nosidle ergonomicznym.

Lubię te Nasze chwile, gdy Mała rozgląda się dookoła, a kiedy napotka coś nieznanego z ufnością wtula się w moją szyję. Lubię kiedy trzyma się rączkami mojej bluzki.

Dziś cieszę się tym co jest. Nie uważam, że można nadużywać bliskości, nie uważam noszenia za szkodliwe. To wyposażenie. W poczucie bezpieczeństwa, stabilny znany świat, w troskę, miłość.
To nie ubezradnia, nie czyni dziecka niesamodzielnym, trzymającym się kurczowo maminej spódnicy.
Upewnia, wyposaża na przyszłość. Daje siłę.

Wierzę w to.
Tylu rzeczy jeszcze nie wiem, tyle rzeczy nie czeka perfekcyjnie zaplanowanych, jak miałam w zamiarze. Oduczyłam się tego obsesyjnego myślenia o moim jutrze.Dopiero gdy ma się dziecko widać tak dokładnie upływ czasu. Szkoda mi czasu na myślenie. Wolę chłonąc każdą chwilę, a to co nadejdzie przyjmować na bieżąco. Odkąd mam córkę wiem, że zawsze znajdę sposób i nigdy nie spocznę na laurach.
Na dziś, na ten moment to rozwiązanie nam pasuje. Czasami luźno zastanawiam się nad tym jak będzie później, gdy Mała. stanie na własnych nogach i pójdzie prosto przed siebie. Jaka będzie wtedy moja rola.
Jednego tylko jestem pewna.
Złapię ją za rękę. I będę jechać obok. Naszym własnym tempem.

wtorek, 10 września 2013

Dzieci rosną szybko. Zaledwie wracają do domu zapakowane w rożek po same oczy, a już za moment pełzają dziarsko po pokoju z miną odkrywcy. Moja córka nie jest wyjątkiem. Ostatnio, z sentymentem powspominałam pierwsze wspólne chwile przy okazji pakowania najmniejszych ubranek w prezencie dla znajomej. Wszystko w wersji mini-mini, new born.
Zapamiętałam : godziny z niemym zachwytem, kiedy wpatrywałam się w moje śpiące dziecko, nie mogąc uwierzyć, że oto jest, i nikt mi jej nie zabierze. Walkę o kp, o każdy wyciśnięty mililitr, o obudzenie dziecka o odpowiedniej porze, jeszcze w szpitalu, by nie straciło zbytnio na wadze (presji szpitalnej mówimy "nie", zapraszamy wspierające doradczynie laktacyjne). Małe rączki, zaciśnięte na moim palcu. Pierwszy płacz, ze łzami w oczach, przy dźwięku którego zmiękły mi kolana i sama miałam mokre oczy. Nieśmiały uśmiech przez sen. Małe Wielkie, Nasze chwile.
Poszukiwanie rozwiązań na małe dziecięce kłopoty urastające do rangi walki na śmierć i życie.
Półsen, kiedy siedziałam przycumowana do szczebelków łóżeczka. I energię, która we mnie wstępowała na widok małej uśmiechnięte buzi - zdecydowanie lepsze niż kawa. Podwójny kop.

Pamiętam godziny tylko we dwie. Tatusiowie przeważnie szybko są zmuszeni wracać do pracy, tak było również u nas, jeśli chcieliśmy sobie poradzić z samodzielnym utrzymaniem się w wynajmowanym mieszkaniu. We dwie spędzałyśmy, i nadal spędzamy czas od rana do około 18:00. Pamiętam pierwsze te dni, kiedy przewijałam A. z drżącymi rękami, próbowałam wsłuchiwać się w płacz by odnaleźć znajome tony, pamiętam power, który we mnie wstąpił. Sama byłam tym zdziwiona. Wiem, że połóg to czas na regenerację sił, psychiczne dołki i górki, chwile zwątpienia i załamania. U nas, jeśli się one pojawiały to równie szybko znikały. Górę wzięła totalna fascynacja i szał, małym, doskonałym człowiekiem, który z nami zamieszkał, za którego odpowiadam i którego kocham, tak, jak nie sądziłam, że można kogokolwiek.

Podeszłam do sprawy zadaniowo. A, że zadań młode mamy mają mnóstwo - wiemy wszystkie. To pomogło. Zapewniło energię, motywację do działania z laktatorem, wstawania do Małej w nocy, przytulania w miarę potrzeb dziecka, pomimo zmęczenia. Z chwilą, kiedy Mały Człowiek trafia do domu oprócz podniosłości chwili czuje się przede wszystkim hiper totalną odpowiedzialność.
Nie ma już asysty w opiece, jesteśmy My i bezradny noworodek. To budzi lęk, ale także wyzwala energię, która pozwala próbować. Codziennie, na nowo. Bez końca - byle do skutku.

Musiałam jeszcze ogarnąć studia.
Amelka urodziła się 22.01 - natomiast 1.02 pisałam pierwszy egzamin w sesji.
Nie brałam urlopu, nie omijałam zjazdów (studia zaoczne).
Postawiłam sobie za cel przebrnięcie przez sesję, obojętne z jakimi wynikami.
Pojechałam na egzamin jeszcze ze szwami pooperacyjnymi.
Nie zapomnę min kolegów i koleżanek z grupy, prawie jakby zobaczyli ducha.
Ale napisałam co miałam, jakoś. Z laktatorem w torebce.

Zanim urodziła się A, dostawałam sygnały od bliskich, że może będą, pomogą, zostaną przy nas w tym pierwszym trudnym czasie. Nie czułam takiej potrzeby. Stwierdziłam, że zdecydowanie lepiej będzie od początku złapać wiatr w żagle. Jeszcze w szpitalu, kiedy jest szansa na szybką interwencję ekspertów od dzieci, a później w domu - we własnym trybie, na spokojnie, we troje. Lęk przywędrował do mnie w dniu, w którym po raz pierwszy zostałam z Małą sama w domu. Przyznaję, trochę trzęsłam portkami - towarzystwo mojego M. dawało mi niesamowity psychiczny spokój. A tu.. rankiem klucz w zamku zgrzytnął i .. nie ma. Zostałyśmy we dwie. Mała - wtulona, z zamkniętymi oczkami, zajęta jedzeniem i przysypianiem - ja z sercem walącym jak młotem.
Bałam się o przenoszenie. Niemowlęta są kruche, nie trzymają głowy - mimo dużej obrony mięśniowej z początku wydają się wiotkie. Wymagają delikatnego transportu. Ja, do przemieszczania się, potrzebuję obu rąk.
Jak to rozwiązać?
Pewnie pomogła mi specyfika mojej niepełnosprawności - mam bowiem zupełnie normalnie czucie w nogach - opracowałam sobie zatem sposób przemieszczania się za pomocą jednej ręki - w drugiej trzymałam śpiące niemowlę (główka w zgięciu łokcia). Ci, którzy kiedykolwiek mieli kontakt z wózkiem inwalidzkim wiedzą, że prowadzony jedną ręką - skręca. żeby temu zapobiec używam nogi, którą odpycham się od ziemi i koryguję położenie.
Przenoszenie dziecka okazało się nie takie trudne. Łapałam pod paszkami za pomocą kciuka i palca wskazującego, reszta rozpostartych palców podtrzymywała kark i głowę. Odkładałam bardzo delikatnie. Albo - dziecko leżące na kocyku powoli opuszczałam do łóżeczka.
Z pozycji stojącej bez wątpienia jest łatwiej.

Resztę czynności właściwie wykonywałam i wykonuję tak samo jak wszyscy rodzice. Jedynie, kiedy wracam z dzieckiem z innego pomieszczenia - muszę ją odłożyć np na kanapę - zanim się sama na nią przesiądę. Z dzieckiem na rękach sama nie mogę się przesiąść.

Pierwsze wspomnienia ocierają się przede wszystkim o długie godziny z dzieckiem wtulonym w moją klatkę piersiową, kołysanie i walkę z bolącym brzuszkiem. To taka przypadłość, która często dotyka dzieciaki i w zasadzie sama mija - ale to też pierwsza próba dla rodzica. Co się czuje kiedy mimo, że bardzo chcesz, to niekoniecznie potrafisz pomóc. Pamiętam uczucie bezradności. O ile jestem w stanie je znieść, jeśli chodzi o moje ograniczenia (wózkowicze bezradność czują dość często, jeśli mieszka się w Polsce), o tyle cierpienie mojego dziecka znosiłam z trudem. Nigdy nie chodziło o brak cierpliwości, zirytowanie płaczem. Tego nigdy nie poczułam. Tylko bezradność, która owocowała wyszukiwaniem u dr. Google metod pomocy w środku nocy, i nieskończonych wizyt w aptece.

Później przyszły pierwsze uśmiechy, nowe umiejętności. Potężna dawka endorfin, nieporównywalnych z niczym. I bliskość, coraz bardziej świadomie okazywana. Wszystko to, o czym "niby-się-wie", że jest - gdy nie ma się dziecka - ale kiedy doświadczy się tego na własnej skórze to nagle pojawia się pytanie "jak ja bez Niej żyłam?".

Poważnie.
Nie mam pojęcia.
Dziecko uczy. Nie tyko cierpliwości, zdecydowanie lepszej organizacji czasu (!), miłości przede wszystkim.
Bezgranicznej, czystej. Jak nigdy wcześniej.